Oczami polonistki: jak rozmawiają ze sobą redaktorzy

Ten artykuł jest szczególny. Nie mam oczywiście na myśli tego, że napiszę o czymś, co zmieni Wasze życie. Bynajmniej. Chciałabym się z Wami podzielić swoimi refleksjami dotyczącymi życia redaktorów. Pytanie zadane w tytule sugeruje, że opowiem Wam o tym, jak rozmawiają ze sobą redaktorzy, którzy na co dzień siedzą po uszy w notatkach, wydrukach i przed komputerami naświetlonymi ogromną liczbą tekstów, które czekają na redakcję i korektę. Czy dyskutujemy wyłącznie o sprawach redakcyjnych? Czy interesują nas tylko wiadomości typu: „Cześć, czy w tym zdaniu postawiłabyś przecinek…?”? W końcu: czy czytając wiadomości od innych, sprawdzamy je pod względem poprawności językowej (a nuż ktoś popełnił błąd, który nie powinien mu przejść przez… palce)? 

Znam wielu redaktorów. Siłą rzeczy pracuję z nimi, widuję się, rozmawiam. Tak, rozmawiam. I wcale nie chodzi o rozmowy dotyczące stawiania przecinków czy wyborów dużej bądź małej litery; rozmawiam z nimi o wszystkim – o życiu, które prowadzę, również. 

Redaktorzy też mają swoje życie. Może Was zdziwić, że o tym piszę, ale wielokrotnie przysłuchiwałam się wymianie zdań kilku osób zupełnie niewtajemniczonych w specyfikę zawodu redaktora, które uważały, że redaktor tylko siedzi i poprawia. A jeśli nie poprawia, to śpi albo je. Cóż, jeśli wydaje Wam się, że TAK to wygląda w rzeczywistości, to bardzo się mylicie. Owszem, praca redaktora polega na poprawianiu tekstów, ale… no hej! Od 8 do 16! Pozostały czas spędzamy jak inni – „normalni” – ludzie, którzy mają własną rodzinę, przyjemności i sprawy do załatwienia. Co by było, gdyby redaktorzy wciąż tylko poprawiali? Nikt by wtedy nie miał czasu na popełnianie błędów! 

Swój artykuł z cyklu postanowiłam podzielić na cztery części: w pierwszej opowiem o zboczeniach zawodowych redaktorów; w drugiej o spotkaniach „przy kawie”; w trzeciej – o przyjemnościach, które napotykają redaktorzy nawet w pracy (w końcu poprawianie tekstów też może być niesamowite!); na koniec odpowiem na pytanie: „o czym rozmawiamy i JAK ze sobą rozmawiamy?”.

Zboczenia zawodowe redaktorów

Etykietki produktów, ogłoszenia na dworcu PKP, bannery reklamowe, ulotki – na te wszystkie przeszkody są narażane wrażliwe redaktorskie oczy, które i tak wystarczająco cierpią podczas wychwytywania błędów w tekstach. Co z tego, że to TYLKO etykietki, ulotki i bannery… Nie potrafimy nie zwracać uwagi na błędy pojawiające się niemal wszędzie, to nas po prostu boli! A gdy nas coś boli, to zwykle mamy ochotę się tym bólem z kimś podzielić (nie, nie oddać mu połowy, żeby bolało mniej). Rozmawiamy więc o kwiatkach językowych, które wyjątkowo wpadły nam w oko, o literówkach, o przecinkach postawionych w złych miejscach i o wielkich (naprawdę wielkich!) literach – Bo Przecież Dzisiaj Wszystko Musi Być Zapisane Wielką Literą, a jakżeby inaczej. Dzieląc się swoim bólem z kimś, kto cię rozumie, bo sam go czuje, sprawiasz, że twoja codzienność błyskawicznie zmienia się na lepsze. W końcu to nasza wspólna sprawa. 

Spotkania „przy kawie”

Redaktorzy pijący kawę i rozmawiający przy niej to najgorsze, co może spotkać zwyczajnego człowieka siedzącego w tej samej kawiarni z przyjacielem. Nie ważcie się siadać obok, najlepiej się też nie odzywajcie, bo zostaniecie narażeni na „hejt we dwoje” (w najlepszym wypadku). Jeśli traficie na wyjątkowo zdesperowanego redaktora, możecie żegnać się z nadzieją. „Człowieku, nie mówi się w każdym bądź razie, tylko w każdym razie” i inne takie teksty możecie usłyszeć z ust osoby, która poza redakcją tekstów nie widzi swojego życia. Nie wszyscy jednak w taki sposób podchodzą do swojej pracy. Przyznaję, odkąd pracuję w branży wydawniczej, poprawiłam „niechcący” niemal tysiąc osób, którym w rozmowie ze mną język plątał się przynajmniej pięć razy na sekundę, ale zdarzają się dni, w których mam serdecznie dość bycia redaktorką (mija to zwykle po jakichś dwóch godzinach, kiedy uświadamiam sobie, że edytorstwo to całe moje życie) i jest mi obojętne, czy ludzie powiedzą „wydaje się być” czy „wydaje się”. 

Spotkania „przy kawie” są dla redaktorów miło spędzonym czasem prawdopodobnie tylko wtedy, gdy mogą długo nadawać. Pewnie trudno wam w to uwierzyć, ale poloniści z reguły dużo mówią i wcale nie przejmują się tym, że ktoś próbuje wejść im w słowo. Kiedy jednak spotykamy się z przyjaciółką/przyjacielem, chęć wsparcia bierze górę i wtedy nie liczy się mówienie poprawnie, ale mówienie do rzeczy. Po prostu. 

Jeśli chcecie pogadać, idźcie na kawę z redaktorem tylko po 16, kiedy będzie zmęczony życiem i nawet nie zauważy, że coś nie gra. Ale – nie oszukujmy się – jeśli traficie na maniaka, nic wam nie pomoże. Możecie ewentualnie mówić… szeptem!

Redaktorskie przyjemności

Jest ich bardzo dużo. Na przykład poradniki, słowniki i inne publikacje językoznawcze, które redaktorzy czytają dla przyjemności. Jestem redaktorką od kilku lat – niewiele, wiem, ale lat również nie mam za dużo 🙂 – i zdążyłam się już przekonać, że czytanie (!) beletrystyki w czasie wolnym jest bez sensu. My nie czytamy, my poprawiamy. Co prawda wyłącznie w myślach, ale nie da się ukryć, że nie potrafimy czytać i nie zauważać błędów (nawet przecinków!) popełnionych przez „korektora number 2 or 3” (jeśli macie ochotę poczytać o tym, kto odpowiada za błędy w książkach, dajcie znać – chętnie o tym napiszę). Tym, co niesamowicie nas cieszy, jest z kolei czytanie książek, w których błędów… nie ma! Są takie! 

Lubimy też pisać (bo wtedy możemy przelać na papier wszystkie nasze żale) i opowiadać (o tak, wtedy możemy ćwiczyć wymowę!). Mamy w zwyczaju źle myśleć o dziennikarzach, bo ci kaleczą nasz język niemiłosiernie i nawet nie zdają sobie z tego sprawy. Dziwne, bo podobno na studiach mają zajęcia z kultury języka polskiego… Czyżby akurat wtedy chorowali? 

O czym rozmawiamy i JAK ze sobą rozmawiamy?

Z redaktorami nie jest wcale tak źle, jak może wam się wydawać. Owszem, poprawiamy, ale umiemy rozmawiać o normalnych, ludzkich sprawach. Nie czepiamy się szczegółów, bo jako językoznawcy doskonale zdajemy sobie sprawę z wartości języka i staramy się mówić poprawnie. Oczywiście nie popełniamy rażących błędów, ponieważ wpojono nam, że jest to niedopuszczalne, ale nie rezygnujemy z normy potocznej na rzecz wzorcowej – tej, którą posługujemy się w sytuacjach oficjalnych. Nie stosujemy też schematów rozmów, które prowadzimy. Po prostu rozmawiamy. Jak każdy człowiek.

Z pewnością zapytacie: „dlaczego więc innych poprawiacie, a siebie nie?”. Odpowiedź: „innych poprawiamy, bo popełniają błędy, a siebie nie, bo ich nie popełniamy” byłaby co najmniej dziwna, dlatego ubiorę to w nieco inne słowa. Innych poprawiamy, ponieważ mamy we krwi nauczanie ludzi i wychwytywanie błędów, u siebie ich nie dostrzegamy. I nie chodzi tu o egoizm i wysoką samoocenę (zakrawającą wręcz na samouwielbienie), ale o perspektywę. Wszystkie zasady, które znamy, odbijają się na naszym sposobie postrzegania, mówienia i pisania, a zatem nie możemy znaleźć u siebie nieścisłości, skoro jesteśmy święcie przekonani, że mówimy i piszemy poprawnie. Dopiero gdy inny redaktor zwróci nam uwagę, możemy zdroworozsądkowo podejść do sprawy. A dlaczego podczas rozmowy nie zwracamy sobie uwagi na błędy? Bo w większości są to usterki językowe, na które swobodnie możemy przymknąć oko, ponieważ są niegroźne. No, chyba że redaktor w rozmowie z nami popełni błąd, który szybko wychwycimy, wtedy już kolorowo nie jest! Zaczynają się dyskusje, wymiany zdań i tym podobne. Ale tylko czasami. Znacznie częściej po prostu rozmawiamy o wszystkim, ot tak, żeby po…gadać! 

Nie chciałabym, żebyście uznali, że to wyłącznie moje zdanie, dlatego poniżej zamieszczam krótkie opinie znajomych redaktorów, których poprosiłam o pomoc w przygotowaniu tego artykułu. 

Kacper Kaczmarczyk, redaktor
Redaktorzy rozmawiają o sprawach nie tylko językowych, ale także, rzecz jasna, o tych codziennych, bardziej prozaicznych, normalnych. Oprócz tego, że zdarza się nam udzielić sobie lingwistyczną poradę czy porównać swoje wyczucie stylistyczne, zachowujemy się jak zwykli ludzie, bo przecież nimi jesteśmy. 
Ja z Klaudią komunikujemy się za pomocą Facebooka, a internetowe rozmowy cechują się zazwyczaj tzw. językiem zapisanym (oczywiście zależy jakie), więc porozumiewamy się raczej na poziomie normy potocznej niż wzorcowej, wysokiej. Ktoś mógłby się zdziwić: „polonista i nie używa na co dzień najlepszych form…?”. Ja uważam, że wszystko ma swoje miejsce i czas, że nie można przesadzać w zwykłej rozmowie ze znajomym. Jeśli podczas czatowania na fejsie wstawimy dywiz zamiast myślnika, posłużymy się wyrażeniem „na ulicy” czy dopełniaczem w stwierdzeniu „zjadłem banana”, naprawdę nic się nie stanie. Szczerze mówiąc, dla mnie napisanie w takich okolicznościach, że kupiło się „dojrzały banan”, byłoby po prostu sztuczne.

Patrycja Wołkowska, redaktorka
Dla redaktorów kwestia językowa jest bardzo ważna, pewnie ważniejsza niż dla zwykłego użytkownika języka. Dlatego tematy związane z problemami poprawnościowymi się u nas pojawiają, ale wiadomo, że nie dominują. Nie wytykamy też błędów każdemu, z kim rozmawiamy, ponieważ niewątpliwie byłoby to męczące i bezcelowe. Co innego, gdy ktoś się tym zainteresuje lub gdy rozmawiamy z innym redaktorem – zwykle rozumiemy, że tego typu uwagi tylko pomagają nam szlifować swoje wypowiedzi. To, że ktoś jest polonistą, nie znaczy, że czepia się każdego słowa i trzeba uważać na to, co się mówi. Każdy jest człowiekiem, a błędy to rzecz ludzka. Zdarzają się nawet wśród najlepszych.

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia