Maja Lidia Kossakowska - Bramy światłości

Od zawsze podobało mi się niekonwencjonalne podejście do tematów, które w dość niewybredny sposób opisują niebo i jego skrzydlatych mieszkańców. Bez zbędnego opiewania ich cudownych czynów, zachwalania cnót czy wodzenia za nos. Może dlatego tak bardzo do gustu przypadły mi książki Jakuba Ćwieka i Mai Lidii Kossakowskiej, i gdy pisarka wydała kolejną powieść z cyklu Zastępy anielskie, wiedziałam, że po raz kolejny z chęcią powrócę do porzuconego przez Stwórcę Królestwa, by w towarzystwie Lampki, Moda, Gabriela, Razjela i Daimona (do którego wzdycham i nie mogę się powstrzymać, żeby tego nie robić) przeżyć przygody, o jakich nie śniło się nikomu (prócz autorki).

Tytuł: Bramy światłości
Cykl: Zastępy Anielskie (tom 5)
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Wydawnictwo: Fabryka Słów

Regent nieba ma nie lada kłopot. Świetlista, która niegdyś była uczennicą Razjela, informuje go, że podczas jednej ze swoich niebezpiecznych wypraw odczuła wszechpotężne działanie Jasności. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie jeden drobniuteńki fakt – boska dezercja, o której wiedzą tylko nieliczni. Nie mając wyjścia, Gabriel organizuje ekspedycję rozpoznawczo-poszukiwawczą w Strefy Poza Czasem, modląc się w duchu o to, by doznania Seredy były tylko kolejną sztuczką Antykreatora, a nie rzeczywistym powrotem Najwyższego. Niestety, to dopiero początek problemów, z jakimi przyjdzie zmierzyć się nie tylko Skrzydlatym, ale również Głębianom, a przede wszystkim członkom eskapady, która z każdą kolejną milą i kilometrem będzie coraz bardziej karkołomna i szaleńcza.

Maja Lidia Kossakowska po raz kolejny zachwyca swoim kunsztem, czarnym humorem i ironicznym stylem, a Bramy światłości pochłania się z prędkością światła – chociaż może właściwsze byłoby określenie „z prędkością, jaką osiąga Boska Bestia”. Wartka akcja, pełnokrwiści, jedyni w swoim rodzaju bohaterowie, a także niezwykle barwne i dokładnie opisane miejsca sprawiają, że czytanie okazuje się nieopisaną wręcz przyjemnością.

Chociaż nie przeczytałam wszystkich tomów Zastępów anielskich (co solennie obiecuję nadrobić), nie przeszkodziło mi to w ponownym zagłębieniu się w świat, w którym aniołowie wcale nie zachowują się anielsko, a intrygi, knowania i zdrady to zjawiska codzienne i powszechne. I naprawdę nie sposób nie wspomnieć w tym miejscu o bohaterach. Chociaż Sereda okropnie mnie irytowała – taka cnotka, udająca anielską Larę Croft, która mimo swojej nieprzeciętnej inteligencji (panna „ach, och, jaka jestem mądra”) nie potrafiła dostrzec, kto tak naprawdę jest przyjacielem, a kto wrogiem – to dzięki Abaddonowi, który niczym Strażnik Teksasu (niebiańskiego) potrafi wyjść z najbardziej absurdalnej sytuacji, zachowując przy tym swój anielski, wredny urok; wiernemu i szczeremu do bólu Piołunowi, a także nieokrzesanemu Luckowi (i innym ważniejszym i mniej ważnym postaciom, których nie sposób wymienić) cała opowieść staje się jeszcze bardziej intrygująca i emocjonująca.

Byłam także zdziwiona, że nie męczyły mnie bardzo dokładne i szczegółowe opisy. Z niezwykłą przyjemnością poznawałam zarówno faunę, jak i florę terenów, przez które wędrowali uczestnicy swoistej robinsonady, a dzięki temu moja wyobraźnia miała nieograniczone pole do popisu (bez bicia przyznaję, że pasuje mi styl pisania autorki).

Muszę również pochwalić Fabrykę Słów, ponieważ pierwszy raz dostałam egzemplarz recenzencki opakowany w tak cudowny sposób (a to piórko w środku wywołało na mojej twarzy tak szeroki uśmiech, że – według moich bliskich – cieszyłam się jak głupi do sera). Z całego serca dziękuję!

Tak naprawdę mogłabym się przyczepić jedynie do zakończenia – gdybym była sercowcem, to z pewnością zeszłabym na zawał, a moje głośne „dlaczego akurat w tym momencie!” powtarzane jak mantra z pewnością mogłoby wzbudzić niepokój. Naprawdę nie wiem, jak ja wytrzymam tę nieznośną niewiedzę dotyczącą dalszych losów moich ulubieńców.

fabrykaslow

ZOSTAW ODPOWIEDŹ