Oczami polonistki: czy potoczność zawsze jest zła?

Wydaje nam się, że im potoczniej, tym lepiej. Ze wszystkimi możemy się dogadać, każdy rozumie, no bo w końcu posługujemy się prostym językiem, a nie jakimiś skomplikowanymi konstrukcjami, z którymi nigdy nic nie wiadomo. Niby tak, ale czy aby na pewno właśnie tak to wygląda? 

Chyba nie do końca, skoro na każdym kroku silimy się na niezrozumiałe formy, tylko po to, żeby komuś zaimponować swoją innowacyjną polszczyzną i przy okazji niejednego „zgasić” blaskiem swojej niebywałej inteligencji. Mimo to musimy przyznać, że zdecydowanie lepiej nam z potocznością niż oficjalnością – ta niestety bardzo kuleje. 

Poloniści pokazują, na co ich stać, mówiąc tak, jakby tylko do nich należał język, a prości ludzie… cóż, mówią po swojemu – tak, jak ich nauczono kiedyś, kiedy jeszcze istotne było to, o czym się mówi, a nie to, kogo chce się tym mówieniem zabić (niemal tak jak wzrokiem). 

Potoczność to cecha języka, którym się posługujemy w sytuacjach nieoficjalnych – na przykład gdy rozmawiamy ze znajomymi czy chcemy po prostu przekazać pewną informację. Warto jednak zaznaczyć, że potoczna odmiana języka jest podstawową odmianą, którą wykorzystujemy w komunikacji, i jednocześnie jedną z najważniejszych. Można by rzec, że bez niej język nie mógłby funkcjonować w pełni dobrze, jest bowiem potrzebna jak nic innego. 

Jesteśmy tylko ludźmi i jak ludzie chcemy rozmawiać – zarówno z rówieśnikami, jak i rodzicami czy nauczycielami. Inną postawę przyjmiemy podczas rozmowy z koleżanką, inną podczas rozmowy z mamą, jeszcze inną podczas zajęć albo egzaminu z wykładowcą. To jak najbardziej naturalne i ani trochę dziwne. Zawsze tak było i zawsze będzie. Problem pojawia się wtedy, gdy taki podział przestaje nam odpowiadać i wystarczać. 

Często zdarza się tak, że nie potrafimy się odpowiednio zachować i wypowiedzieć. Mylą nam się sytuacje komunikacyjne i odbiorcy, do których się zwracamy. I choć potoczność oznacza pewną swobodę, która każdemu z nas powinna wyjść na dobre (w końcu nie musimy się wysilać, żeby cokolwiek powiedzieć), nie zawsze jesteśmy świadomi, że przekraczamy pewne granice. 

Język narzuca pewne ograniczenia, którym albo ulegamy, albo które po prostu odrzucamy, bo nam nie pasują. Ulegamy im wtedy, gdy nie mamy pomysłu, jak coś zmienić (na przykład gdy wypełniamy wniosek, w którym aż roi się od formuł). Odrzucamy je wtedy, gdy wydają się zbyt trudne i wymagające (na przykład gdy wymaga się od nas mówienia poprawnego i sprawnego). I choć język nie powinien nam się plątać przy wypowiadaniu pewnych zwrotów (na przykład grzecznościowych), unikamy trudności, bo są zwyczajnie niewygodne. 

Potoczność nie jest zła. Jest bardzo dobra, ponieważ umożliwia komunikowanie się, mówienie wszystkiego o wszystkim i do wszystkich. Istnieją jednak pewne zasady, których złamanie może grozić nawet naruszeniem etyki słowa, a ta – jak wiemy – jest ważna. Jeśli zatracimy etykę słowa, to chyba zatracimy też siebie… A tego byśmy raczej nie chcieli. 

Ważne, żebyśmy umieli dostosować to, jak i o czym mówimy, do sytuacji, w której się znajdujemy. Nie oznacza to, że do wykładowcy zawsze powinniśmy się zwracać, używając wyuczonych formułek i że nie możemy sobie pozwolić na „opuszczenie tonu”. Musimy jednak pamiętać o tym, żeby gdzieś z tyłu głowy zawsze mieć tę podstawową świadomość językową, która sprawia, że nie mówimy tego, co nam ślina na język przyniesie, ale że korzystamy z języka całkowicie odpowiedzialnie i przede wszystkim doceniamy jego różnorodność.

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia